niedziela, 2 stycznia 2011

delta Mekongu

W ramach "odpoczynku" choc Sajgon jest taki ze nie ma co po nim odpoczywac wyskoczylismy do delty Mekongu. Po rozwazeniu opcji zorganizowanych wycieczek, splywow itd padlo na male miasteczko Tra Vinh ktore w przewodniku jest opisane calkiem zachecajaco. Oczywiscie wyjazd z malymi przygodami, zamowilismy sobie bilet przez biuro podrozy i jak to tutaj bywa zazwyczaj zbiera sie klientow busikami i przewozi do konkretnego miejsca gdzie czeka normalny bus. Rano zwyczajowo meldujemy sie przed biurem, tam tlum innych ;) turystow czekajacy na swoje wycieczki. Oczywiscie ;) my lubimy rozne urozmaicenia bo zamiast busika podjezdzaja po nas 2 skuterki ;)....i wyjasnia sie dlaczego wczesniej laska pytala nas jaki bedziemy mieli bagaz. Co by nie mowic...lekka sensacje wzbudzilismy. No coz kazdy wsiadl na swoj ;), ja zarzucilem duzy plecak na siebie i w droge. No i teraz wiemy jak to sie jedzi motorkiem po ulicach Sajgonu. Mysle ze kazdy powinien doswiadczyc szalonego wlaczania sie do ruchu, mijania, zmian kierunku na skrzyzowaniach itd...wszyscy widzac moj plecak na plecach pokazywali mi kciukiem ze zajebiscie widzac jak pedzi moj kierowca ;). Dotarlismy na miejsce, zmienilismy motorki na minibus i pojechalismy w kierunku Tra Vinh. Krajobraz sie zmienial, coraz wiecej pol ryzowych, palm, i coraz wiecej wody dookola. Nad wielka odnoga Mekongu rozpiety wielki most wiszacy.
Szybkie znalezienie hotelu w Tra Vinh i wycieczka po miescie. Miasto jakos nie zachwycilo szczegolnie, ale to moze moja interpretacja opisu w Lonly Planet, ale miasto to tylko miasto...ludzie ktorzy tam mieszkaja i z ktorymi sie zetknelismy to zupelnie inna bajka. Wszyscy sie usmiechaja ;) i wolaja do nas...dzieci co chwile wolaja czesc ;) no to my im odpowiadamy po wietnamsku. Znalezlismy fajna knajpke ;) gdzie w koncu dawali piwo, tam szachy, kawa mrozona. No i jest w Tra Vinh ulubione Pho bo w rodzinnej knajpce. Ale drugi dzien to wycieczka rowerowa. Ruszylismy na polnoc...a tam...boczne drozki, prawie zero ruchu, co chwile ktos do nas macha. Krajobraz piekny, w koncu cisza, slychac ptaki....dookola pola ryzowe, palmy kokosowe, bananowce. Goraco, slonecznie, jedziemy powoli i sycimy sie tak odmiennym miejsce niz Saigon. Miedzy palmami pochowane chatynki czesto tylko z trzciny, czasem przemknie rower czy motor. I tak sobie podrozowalismy. Dojechalismy do Mekongu, potem droga do niego rownolegla az do jego kolejnej odnogi. Gdzies tam sobie przeplywamy promem zrobionym z niewielkiej lodzi, w innym miejscu wracamy normalnym mostem. Upal przeczekujemy w knajpce przy sklepie, pani serwuje nam kawe z lodem no i piwo, pokazuje swoje zdjecia ;). Przychodzi do niej kobietka z ulicy, wiec nasza gospodyni ucina kisc zielonych bananow ze swojej palmy i sprzedaje. Potem ruszamy dalej, obiad w kolejnej ulicznej knajpce w Tra Vinh. I zmieniamy rejon jazdy, i znowu jazda tylko ze znaczeniem sladu na GPS, gruntowa droga rownolegla do Mekongu ruszamy w kierunku do morza. Znowu pelno wody dookola, ryzowiska, palmy...i niesamowici ludzie. Takie przemykanie rowerem po drozkach z ktorych wiekszosci nie ma na mapie to niesamowita frajda. Drugie dnia pokrecilismy sie tez troche po okolicy, odwiedzilismy kilka Khmerskich klasztorow i po poludniu wrocilismy do centrum wszystkiego...do Saigonu...rower w delcie to jest to...choc dzisiaj moge juz napisac....ze rower w Saigonie to tez jest niezla jazda ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz