Pisklaczki na ruszcie wygladaly na zaby, dlatego w ogole zaczelam to dokumentowac! A dopiero po blizszym zapoznaniu ukazaly sie glowka, skrzydelka i cala drobna reszta pisklaczka! Co oczywiscie nie przeszkodzilo Michalowi w konsumpcji!
Ja zdecydowanie sklaniam sie ku mniej miesnym wymyslom kuchni wietnamskiej. W naszym kulinarnym dorobku ostatnich dni znalazlo sie sporo lokalnych specjalow, tyle, ze nazw nie znamy zupelnie - idziemy sobie ulica, dookola stragany, przekupki z koszami, wozki z roznymi potrawami, zatrzymujemy sie i pokazujemy palcem z pytaniem : how much? Potem ja usiluje sie tragowac, a Michal kiwa glowa: No co ty, pol dolara, nie stac Cie?
No wiec place ile tam sobie pani zyczy zazwyczaj... byly wietnamskie pyzy - bahn bao - z nadzieniem mieso + dwa male jajka, dziwna mieszanka: ryz +prazona cebulka+ jakas fasolka, a na to wszystko cos wygladem i smakiem przypominajacego resztke jajecznicy zeskrobywana z patelni (czyzby zasmazka??!!); byly tez jakies dziwne suche placki, o smaku zblizonym do macy, tyle ze posypane czyms co wygladalo na siemie lniane, a dzisiaj jadlam zrobiona na ulicy nazwyklejsza kanapke z serem topionym krowka smieszka!
Kuchnia wietnamska jest niezwykle rozmaita i otwarta na wplywy:-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz