To jeszcze nasza wycieczka z pobytu w Hoi An. My Son (czyta sie "mi son") to ruiny swietego miasta Czamow. Czesto nazywane Wietnamski Angkor Wat. Z hotelu odebral nas autobus z niesamowitym przewodnikiem. "Mister Zung" z zajebistym akcentem, kapeluszem w stylu Blues Brothers. I kiedy opowiadal o historii miasta i calego narodu Czamow az przechodzily dreszcze kiedy wymawial "anszient hindu strakczers"...zajebisty gosc nie ma co mowic. Z parkingu przed My Son w okolice ruin dojedza sie starymi amerykanskimi terenowkami. A samo My Son, mysle ze trzeba to po prostu zobaczyc. Nie jest to tak wielkie jak ich odpowiednik z Kambodzy. ale zawsze warto. Ruiny swiatyn, wszystko gdzies tam majaczy wsrod zielonej dzungli, przewodnik dwoil sie i troil, pokazywal, objasnial, zartowal. Fajne miejsce, niestety w czasie wojny Amerykanie uznali ze to moze byc baza Vietcongu i zbombardowali caly kompleks. Nie zachowala sie niestety najwieksza wieza Czamow, i do dzisiaj sa tylko zdjecia Francuzow ktorzy caly kompleks na poczatku XX wieku odkryli. W rekonstrukcji My Son brali rowniez polscy naukowcy.
Do Hoi An wrocilismy rzeka plynac statkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz