Rejs rejsem, ale na dalsze wrazenia nie czekalismy dlugo. Po powrocie ze statku do stolicy, wykonalismy szybko skok na stacje kolejowa i bilet do Ninh Binh w kieszeni. Odleglosc od Hanoi nieduza- zaledwie 90km, 2h jazdy pociagiem i wieczorkiem bylismy juz w zupelnie nowymi miejscu - wedlug przewodnika - czarujacym, cichym, dalekim od turystow i sprzedawcow pamiatek -zakatku! Moze sprzedawcow pamiatek wielu nie ma, jednak miasto to glownie 2 sporych rozmiarow ulice - wietnamskie trasy przelotowe, skuterow nie brakuje, do ciszy tu daleko, brud, smieci, chaos, ryk silnikow... czarujacy zakatek jak nic!
Ale wiadomo przeciez, ze zakatki nie leza ot tak na ulicy! Zatem - piekny, niebieski rower - 1usd - i caly dzien na znalezienie zakatka! Rowery super! Serce na ramieniu, ale na 'autostradzie' niewatpliwie robilismy furore! A kiedy wreszcie zjechalismy z glownej trasy i bylo juz tylko lepiej - pola, poletka, dzieci ze szkoly, my wsrod nich na tych rowerach, potem w miedze, miedzy ryzowymi poletkami, ubabralismy rowery w blocie, zewszad "helo" na co z radoscia odpowiadalismy wietnamskim "sin chao" z polskim akcentem... 50 razy szukalismy jednego skretu, totez okolice i mieszkancow poznalismy baaardzo wnikliwie... potem pagody zwiedzalismy wydrazone w skale, poplynelismy lodka miedzy piekne wspinaczkowe tereny a'la jura-wenecja (start z wody)! Potem znowu wracalismy rowerami krecac sie po waskich sciezkach, uliczkach, korytarzach... ku uciesze wlasnej i lokalnych mieszkancow! A potem wrocilismy kupic bilet na autobus na jutro i Pani z agencji turystycznej wziela mnie motorkiem na tani owocowy ryneczek, zeby mi pokazac prawdziwe ceny :-)))) Na leb na szyje oddac rower na czas, szybka, wietnamska reprymenda za bloto na lancuchu, przynajmniej tak zrozumialam gestykulacje;-), dzien pelen wrazen, chyba jeden z lepszych tutaj, no i siatka owocow w dobrej cenie!!! I pomyslec ze mialam dzisiaj pisac o tym, jaki ten wietnam brzydki! O tym pewnie innym razem :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz