Droga byla nielatwa, od godziny 18.30 do 6.00 rano w jednym autokarze, potem okazalo sie, ze nasz autobus na czesc druga podrozy jest zapelniony, tzn nie, wlasciwie, kiedy raczylam sie przeciwstawic, mowiac, ze przeciez mamy bilet, wiec powinnismy stanowic jego zapelnienie... nagle sie okazalo, ze nie jest zapelniony! Zostal odwolany! Eh, kolejny o 10.00. Podroz sie wiec przedluzyla, piaszczysta i zwirowa droga przez gory dotarlismy wreszcie okolo 15tej do Dalat! Ruch, pisk, klaksony, jezioro jak z obrazka zostalo chwilowo osuszone (prace remontowe jeziora??) w bylym jeziorze pasa sie konie...
Tu bedziemy na swieta! Moze nie tak dokladnie sobie to miejsce wyobrazalismy... ale mamy tu katedre, godzina pasterki sprawdzona, mamy wybrana miejscowke na wigilijna kolacje, mamy uszyte w Hoi An stroje wyjsciowe, do sportowych polbutow suknia bedzie jak znalazl, mamy duzo dobrej woli i sporo wyobrazni, wiec swieta beda prawie idealne;-) Moze nawet znajdzie sie jakas choinka, albo kaktus...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz