środa, 29 grudnia 2010

Jeszcze o wieczerzaniu i sniadaniu

Siadam przed komputerem, aparat prezesyla zdjecia w tle, a w glowie huczy:' Jejku, jejku, tyle wrazen, o czym pisac, o czym pisac? Cala noc moglabym tu siedziec! Caly kolejny miesiac opisywac, a i tak by nie starczylo!
Ale temat jedzenia chodzil za mna juz od dawna, wiec w oderwaniu od przezyc dnia wczorajszego i dzisiejszego kilka refleksji na temat jedzenia!
W przewodnikach polecone restauracje, neony, swiatla, obsluga zaprasza, menu po angielsku, ceny nadal przystepne, obrusy, widelce, noze... Nie! Apel do jadacych na dalekie egzotyczne wakacje, a moze slowo zachety, no i zdecydowanie hymn pochwalny: jedzcie na ulicy!! Nigdzie obsluga nie bedzie tak wspaniala, jedzenie pyszne, zwyczaje tak prawdziwe jak w przypadkowo napotkanych jadlodajniach ulicznych, gdzie zywia sie miejscowi! Oni wiedza co dobre i gdzie najlepiej! Z pozoru moze zniechecac: plastikowe, troche odrapane stoliki, za niskie stoleczki, paleczki wielokrotnego uzytku, herbata z plastikowego jakby-wiaderka, wszystko takie jakies zuzyte... bo jest uzywane! W porach posilku nie ma miejsca - to doskonaly znak! A miejsce dla bialych sie znajdzie, chodzby Pani miala poprzesuwac, poprzestawiac... miejsce sie znajdzie! W Dalat znalezlismy fajne miejsce z dobrym kurczakiem i ryzem i jajkiem i cudowna obsluga! Kolejnego dnia wybralismy sie znowu w to miejsce, mimo ze zamykali, zaprosili z usmiechem, usadzili, dali wszystko co bylo jeszcze dostepne, porcje jak dla oddzialu wojska, ryzu 2 woreczki chyba na glowe, po 2 jajka sadzone i warzywka i sosy... i jeszcze smazony ryz, i piwo i herbata, a potem na deser owoce, choc nie ma ich w menu! I 2 sztuki w siateczce na pozniej! A mieli isc do domu, koniec pracy byl, a oni tak spokojnie z radosciach nas goscili i dostawiali pozywienie! Rachunek : 36000 dongow = niewiele ponad 1,5 dolara! Zreszta, tu nie o ten rachunek chodzi! A wlasnie o to, ze im sie tak chce... tak autentycznie! Zadna restauracja z angielskim menu tego nie przebije!

I kilka zdjec:

To ja ze wspomniana wyjatkowa obsluga, choc to tylko przyklad, miejsc takich i ludzi znalezlismy mase!

To nasze dania!

Owocki wszelkie, dziwne, tutejsze... i banan, dosc zwykly, kupilam na wypadek gdyby mi wszystkie inne nie smakowaly!

A to tez fajne! W srodku nocy serwowane na ulicy w woreczku, bo przeciez na wynos, gorace mleko!

A to napoj z ptasich gniazd, tak przynajmniej glosi nazwa... i w skladzie ptasie gniazda tez byly! Pycha!

4 komentarze:

  1. I moje "ulubione" Pho bo na sniadanie...mamy tu w Tra fajna rodzinna knajpe gdzie jest bardzo dobre...to nic ;) ze kury petaja sie miedzy nogami...i tak trafia do garnka...

    OdpowiedzUsuń
  2. Aga, przywieź trochę tego dobrego jedzenia:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm, jedzenie wyborne i przewoz nawet mozliwy. Czyli zamawiasz: ryz, salate i mandarynki?

    OdpowiedzUsuń